Posts Tagged ‘litwa’

Wilno


2011
05.03

dsc_3215W czasie powrotu z kwietniowego wyjazdu do Sandomierza, kombinowałem nad miejscem wyjazdu na majówkę. Skoro byliśmy już we Lwowie, należało by zobaczyć inne utracone polskie miasto czyli Wilno. Przed majówką zaczęło się planowanie, niestety wszystkie hostele było totalnie zajęte. Z pomocą przyszła Asia i idea Couch Surfingu, po kilku zapytaniach znaleźliśmy „kanapę” u Litwinki, prawie w samym sercu Wilna. Spakowani i gotowi na kolejną wyprawę ruszamy 29 kwietnia. Do Wilna mamy ponad 600km które pokonujemy bez problemów, nocujemy w małej wsi Zelwa w pobliżu granicy Polsko-Litewskiej. Czujemy że jesteśmy na końcu Polski, nawet sygnału GSM nie ma, za to nasłuchujemy czapli oraz podziwiamy klucze lecących ptaków. Wieczorem gospodarze raczą nas sękaczem, lekko suchy ale  z pomocą leci „Kasztelan”.

Rześkim porankiem wjeżdżamy do Litwy. Ruch jakby mniejszy, trochę puściej jeśli chodzi o zabudowę zatem w całkiem miłych okolicznościach docieramy do zamku Troki, który został wybudowany na największej wyspie jeziora Galve. Trudno odmówić uroku tej budowli, woda, drewniany most i historia sięgająca XV w. Po godzinnym tourze i fotach ruszamy do Wilna. Do naszej Couch surferki docieramy bez błędnie. Mieszkanie nie remontowane od lat nastu ma swój klimat. Rozpakowujemy graty, wręczamy gospodyni łamacza lodów w postaci Żubrówki (nie ma to jak polskie dobro eksportowe). Małym problemem jest znalezienie nie drogiego parkingu dla naszych dwóch kółek. Wszystko drogie cholernie albo w ogóle nie dozorowane. Ale finalnie mamy lokum dla moto i możemy oddać się klimatowi Wilna. Krążąc po Starym mieście mamy wrażenie że te uliczki się w ogóle nie kończą. Można krążyć godzinami i co chwila odkrywać coś nowego. To co mi się rzuciło w oczy to brak obecnej Polskości, owszem jest Uniwersystet, dom Mickiewicza, Ostra Brama ale gdyby nie przewodnik to do wielu miejsc ciężko trafić. Nie wiem czy to nacjonalizm jest tak silny czy Polaków co raz mniej. W sklepach czy restauracjach z trudem dogadujemy się z lokalsami. Sytuacja zupełnie inna niż w Lwowie, gdzie wszech obecny był duch Polski.

Wieczorem spotykamy się z Ramintą, naszą couch surferka, w artystycznej dzielnicy Uzupis  inaczej Zarzecze. Stara zaniedbana dzielnica, która przekształca się w dzielnicę Wileńskiej bohemy. Społeczność Zarzecza ogłosiła swoja własną konstytucję, hymn a nawet prezydenta i premiera. W pubie przy rzece Wilejka raczymy się litewskimi piwami i osobliwymi przystawkami t.j. wędzone uszy świni,smażonych groch oraz chleb. O ile uszy były gumowate to smażony ciemny chleb boski. I znów ta mądrość ludowa, że najlepsze jedzenie wywodzi się z biedy, coś w tym jest.

Kolejny dzień to nadal intensywne zwiedzanie, m. in. katedry i góry trzech krzyży. Oczywiście poznawanie nowych zakątków to nie tylko budynki i historia. To także kulinaria. W domu Raminta częstuje nas swoją Pink Soup czyli po prostu chłodnikiem litewskim a na mieście pałaszujemy Zeppeliny, coś a’la nasze kluski śląskie. Pycha. W niedzielę odwiedzamy targ regionalny z głównej ulicy Wilna. Czego tu nie ma, wędzone ryby, mięso, pieczywo, miody. Coś jak nasz targ z okazji Dnia Łodzi z tą różnicą, że ten jest co tydzień! Jedliście taki prawdziwy litewski chleb? My kupujemy 4 bochenki.

Niestety dobiegają nas informacje o załamaniu pogody. Deszcze a nawet śniegi mają się pojawić a mamy przecież maj. A ja lekko myślny na letnich oponach (lol). Pobyt instynktownie postanawiamy skrócić o jeden dzień. Do domu wyjeżdżamy koło południa 2 maja. Plan jak zwykle prosty, dojechać ile się da. Walczymy z chłodem pijąc na przemian gorącą herbatę i czekoladę. Przejechać 600km przy 10°C trąci lekki masohizmem, ale nikt nie obiecywał że będzie lekko w końcu to ma być adventure. Koło Augustowa uciekamy czarnym chmurom i mżawce. Finalnie do Łodzi docieramy po 9 godzinach.

To co się dzieje następnego dnia wprawia mnie w zdumienie, śnieg w górach a w Łodzi śnieg z deszczem i tylko 3°C. Dobrze że wróciliśmy wcześniej.

Kilometraż: 1268km

Mapa