Z wizytą u Drakuli

2010
10.06

rumunia2010_192Plan tygodniowego wyjazdu był prosty niczym program polityczny PO, mianowicie poprzez Ukrainę i Mołdawię dojechać do kraju Drakuli, przejechać dwie kultowe górskie drogi (Transfagarską i Transalpinę) i wrócić przez Węgry i Słowację do domu. Ekipa uderzająca w składzie optymalnym, 4 osoby, 4 moto, łącznie 4,25 litra pojemności skokowej silnika. Do przejechania ponad 3000 km.

Dzień 1

Z ekipą spotkałem się w okolicy Puław 30 sierpnia, od tego miejsca jedziemy już razem. Dynamicznym tempem kierujemy się w stronę, naszych południowo wschodnich sąsiadów. Odprawa na granicy trwała ponad 1.5 godziny. Ukraińscy celnicy oczywiście zaciekawieni sprzętami, którymi jedziemy. Nie ma końca pytań typu: ile poleci, ile ma koni, jaka pojemność. Na samej granicy zupełnie nic się nie zmieniło od zeszłego roku, a przecież mistrzostwa Europy już za pasem. Latanie z obiegówkami, zbieranie pieczątek i wciskanie hrywien w przypadku braku odpowiednich dokumentów potrzebnych do pokonania granicy. Niestety zaraz po wjeździe na Ukrainę zaczyna mocno padać, a właściwie lać, drogi z koleinami zamieniają się małe strumyki. Praktycznie w ciągłym deszczu dojeżdżamy w okolice Lwowa, gdzie mamy zarezerwowane dwa pokoje. Suche, ciepłe pokoje trzeba dodać. Kilka spostrzeżeń, wacha tutaj kosztuje ok 3 zeta, drogi nadal tragiczne, kierowcy jeżdżą bardzo szybko, jedzenie i alco dużo tańsze niż u nas. Aha… pełno policji, praktycznie na każdej rogatce. Na razie nas nie zatrzymali ale to pewnie kwestia czasu.

Kilometraż: 572

Dzień 2

Nadal leje, wyjazd z pensjonatu trochę nam się przeciąga, liczymy że chociaż trochę się przejaśni. Ruszamy jak tylko ulewa zmienia się w deszcz, przejazd przez Lwów to hardcore, wszędzie mokry bruk i szyny tramwajowe i oczywiście korki. Całe miasto stoi. Troszkę się wszyscy gubimy w tym chaosie, na szczęście bez problemu odnajdujemy na jednej z wylotowych dróg. Obieramy kierunek na Kamieniec Podolski, to raptem 270km, ale przejechanie tej odległości zajmuje nam prawie cały dzień. W trakcie jazdy stwierdzamy, że musimy odbić na inna trasę, i skrócimy sobie „żółtą” drogą. Na początku wyglądała ona  ok, później było więcej dziur niż asfaltu po czym asfalt znikł kompletnie i jechaliśmy polnymi ścieżkami :) I w tym miejscu było 2:0 dla Ukrainy tzn. dwie na szczęście nie groźne gleby współtowarzyszy w błocie.  Po 15km lekkiego offroadu trafiamy ponownie na czarne, mijając kolejne Ukraińskie wioski zostajemy zatrzymani przez milicjanta, który żąda paszportu i dokumentów od motocykli. Darek, który po rosyjsku mówi perfect, częstuje mundurowego papierosem a ten po uraczeniu się dymkiem stwierdza że papierów już nie trzeba. Ach ten wschód :) Docieramy do Kamieńca Podolskiego, staje się cud, przestaje padać więc robimy sobie sesje zdjęciową  z zamkiem w tle w którym miały miejsce zdarzenia opisane w Panu Wołodyjowskim.

Kilometraż: 304

Dzień 3

Nie możemy ukryć radości, poranek wita nas słońcem i błękitnym niebem, korzystamy z okazji i zwiedzamy zamek z polskim przewodnikiem. Zawsze dobrze jest łyknąć polskiej historii. Kierujemy się w stronę Mołdawii, po drodze zahaczamy jeszcze o zamek w Chocimiu który jest miejscem triumfu Chodkiewicza w XVII wieku na Turkami. Dojeżdżamy do granicy Ukraińsko-Mołdawskiej. Celnicy tutaj się już patyczkują, otwarcie się pytają gdzie mamy dla nich prezenty z Polski. Żadnych papierosów? Żadnego spirytu? Jak to tak? 5 euro załatwia sprawę. Pierwsze co się rzuca w oczy w tej byłej republice Radzieckiej to ultra szerokie drogi, znikomy ruch i brak reklam przy drogach. Pewnie to tylko kwestia czasu kiedy krajobrazy zostaną „obsrane” wszech obecnymi reklamami. Przy drogach brak infrastruktury, stacje benzynowe to tylko dystrybutor z małym daszkiem. Coś jak u nas CPNy w epoce PRLu. Paliwo ciut droższe ale gorszej jakości bo zaczęło się spalanie stukowe. Mimo to mój GS bez problemu prze do przodu. Z racji zerowej liczby knajp przy drodze, raczymy się moimi flaczkami które wiozę w słoiku z Polszy a na deser kawa 3w1. Oczywiście zaczyna padać, robimy zapasy pysznego mołdawskiego winka i bez większych problemów wjeżdżamy na tereny Rumunii.

Kilometraż: 433

Dzień 4

Japończycy mają rację z tą pechową czwórką, czwarty dzień podróży okazał się dla nas a zwłaszcza dla Darka wyjątkowo pechowym dniem. Po sesji fotograficznej u podnóży zamku Bran (ponoć zamek Drakuli) kierowaliśmy się do miejscowości Fagaras, droga w fatalnej kondycji, tam nie było dziur, były tylko kratery  z ostro zakończonym asfaltem. Właśnie w taki krater wpakował się Darek. Wygiął swoje pancerne szprychowane koła w skutek czego zeszło całe powietrze z kół. Szczęście w nieszczęściu, że się nie wywalił bo wszystko mogło się potoczyć dużo gorzej. Z problemem poradziliśmy sobie dość szybko, ok 3-4 godzin. W pobliskiej wiosce, nauczyciel angielskiego był tłumaczem pomiędzy mną a fachurami z zakładu wulkanizacyjnego, którzy to już nie takie problemy rozwiązywali. Nie minęło pół godziny od godziny zero a motocykl był już transportowany przyczepką do warsztatu. Tam 3 chłopa przy pomocy 5 kilowego ręcznego impulsatora kinetycznego zwanego potocznie młotkiem przez bite 3 godziny prostowali koła. W ruch szła nawet szyna kolejowa, ale trzeba przyznać, że mieli zacięcie i chwała im za to. Skasowali całe 50€ za robociznę a my mogliśmy kontynuować nasz chellange. Wieczorem, oczywiście wznosiliśmy toast za pozytywne zakończenie tej „przygody”.

Kilometraż:  380

Dzień 5

Przed nami główny cel naszego wyjazdu: trasa Transfgarska i Transalpina. Ta pierwsza została wybudowana dla wojska przez dyktatora Ceauşescu, teraz nie ma praktycznie żadnego znaczenia militarnego i jest dostępna dla cywilów od kwietnia do września lub października. Trasa Transfagarska to niezliczone winkle, serpentyny oraz bajeczne panoramy Karpat. Cała trasa ma prawie 100 fantastycznych kilometrów, na których mijamy dziesiątki motocyklistów rządnych takich samych wrażeń. Ciąg dalszy to Transalpina i przełęcz Urdele. Droga jest w większej części w budowie, zatem mieliśmy offroad w błotnistej mazi na wysokości 2100 mnpm. Widoki bajeczne, żadnych ludzi (może poza tymi którzy ugrzęźli fiatem Uno przy podjeździe, ale kto się wybiera takim autkiem w takie miejsce), żadnego zasięgu sieci komórkowej, żadnej komercji, adventure w swojej najczystszej formie. Po zjechaniu z gór pędzimy w kierunku Węgier, wszak do domu mamy jeszcze ponad 1000km.
Po przejechaniu kilkunastu setek kilometrów po Rumunii zadziwiają mnie inni kierowcy tego kraju. Gdy tylko we wstecznym lusterku zobaczą jedno światło od razu zjeżdżają na pobocze. Mam dwie teorie, albo myślą że to policja, albo wiedzą że obcokrajowiec, bo tutejszych motocyklistów praktycznie nie ma. Trzeba przyznać, że wyjątkowo odpowiadała nam ta mentalność.
Kilometraż: 572

Dzień 6 i 7

Te dni to już mozolna jazda do domu, Węgry to totalne nudy i przejechaliśmy je tylko z postojem na tankowanie i espresso. Za to na granicy Węgiersko-Słowackiej spotkaliśmy ekipy rajdu Złombol które dużymi fiatami 125p jechały do Istambulu. :) To jest hardcore. Polecam kliknąć w linka i poczytać, świetna inicjatywa.

Reasumując był to świetny wyjazd, jak na razie mój najdłuższy. Mimo że aura nas nie rozpieszczała to jak mówi stare motocyklowe porzekadło nie ma zlej pogody, jest tylko źle ubrany motocyklista. Na Ukrainie czuć, że jest się na wchodzie, a perspektyw na Euro2012 to ja na razie nie widzę, zwłaszcza te długie odprawy i masakryczne drogi. W Rumuni widać masę nowych dróg współfinansowanych przez Unię, trzeba tylko uważać bowiem pamiętają one jeszcze zeszła epokę i trochę da się odczuć, że jest to Unia kategorii B.

Kilometraż: 3100

Mapa

Jeden komentarz dla wpisu “Z wizytą u Drakuli”

  1. kobra napisał(a):

    Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Węgry, Słowacja! Ładna traska:) Oglądając zdjęcia z tej wyprawy, nie mogę się nadziwić jak piękne są te zakątki Europy. Też chciałabym, je kiedyś zobaczyć. Świetna wyprawa!