W krainie białego wina, upału i komarów czyli Tokaj

2010
07.01

dsc_1318Swoją podróż do Tokaju zacząłem już w środę po pracy, pędzę przez Jurę w Pieniny gdzie chcę nocować w dobrze mi znanym polu namiotowym. Po zadekowaniu się, lokalsi zapraszają mnie na ognisko i wodę ognistą. Nie odmawiam ale nie można przesadzać bo przecież jutro czeka mnie odcinek Polska-Węgry. Wieczór upływa mi w miłej atmosferze, jednak praca oraz kilkaset przejechanych kilometrów daję się we znaki więc się żegnam z towarzystwem i idę spać.

Poranek bez problemowy, najpierw wycieczka po świeże bułki i paszczura. Bar jeszcze jest zamknięty więc z herbaty czy kawy nici. Jadąc w kierunku granicy ze Słowacją robię krótką przerwę na espresso w cafe „Turbinka” (kawiarenka przy samej tamie w Niedzicy), nooo teraz można jechać dalej. Dzień zapowiada się wyjątkowo upalnie, mijam kolejne Słowackie wioski, czasem jakieś dzieci mi zamachają. Jadę prosto na Tokaj, gdzie mam się spotkać z motocyklistami z Łódzkiego forum Motocyklistyki Wolnobieżnej. Niestety dostaję telefon iż jeden motocykl uległ awarii i nie wiedzą ile potrwa naprawa i czy w ogóle uda im się dojechać dzisiaj do celu. Taaaa super. No nic bywa. Opuszczam Słowację i wjeżdżam na Węgry, tutaj upał staje się naprawdę nie do zniesienia, czułem się jakby przede mną ustawiono otwarty piekarnik. Liczbę postojów ograniczam do minimum, byle jechać, byle coś wiało. Normalnie tego chyba bym nie zauważył, ale tutaj w ogóle nie ma lasów. W czasie jazdy zero cienia, wszystko wycięte w pień. Dojeżdżam w końcu do Tokaju, zatrzymuję się przy tabliczce co by zrobić sobie foto a tu pojawiają się trzy motocykle z Wrocławia, jadą do Rumunii. Wszędzie ci moto globtroterzy ;]. Po dojechaniu do centrum, pierwsze kroki kieruję do informacji turystycznej, a następnie na pole namiotowe. Pole namiotowe? To raczej jakaś czarna dziura teleportująca do 1970 roku. Mam wrażenie że wszystko jest z tamtej epoki a łazienki szczególnie (dobrze ze mam klapki :D). Po odświeżeniu się idę zwiedzić miasto, w sumie wygląda na zadbane, pełno winiarni i kilka nie dużych restauracji. Raczę się paprykarzem z kluseczkami (nie mylić z naszym paprykarzem z konserwy), gigantyczna porcja starcza mi na resztę dnia. Dostaję kolejny telefon: usterka usunięta i jadą. W końcu jakieś dobre wieści. Ja snuję się po Tokaju z aparatem to co mnie zdziwiło to że wieczorne życie właściwie nie istnieje. Teraz kiedy się robi chłodniej wszystko jest zamykane i życie zamiera. Jakoś nie mieści mi się to w głowie. Pechowa ekipa dojeżdza dopiero około 22. Dekują się w domkach, hmmm, domki to chyba zbyt dobrze powiedziane, w barakach zbitych z paździerza i sklejki. Ja tam wolę swój namiot. Komarzyska tną tak zaciekle że mimo upału wszyscy siedzą  w długich spodniach i bluzach ale ten fakt i tak nie zepsuje radosnej atmosfery wspomaganej słodkim białym Tokajem.

Kolejny dzień to zwiedzanie miasteczka całą grupą, oraz zakupy do domu :) Jest też czas na kawę oraz węgierskie specjały.Wszyscy już jesteśmy spakowani, ruszamy w kierunku naszych wspaniałych Bieszczad. Tempo wolnobieżne, w granicach 80-90 km/h. Mój GS chyba się od tego wszystkiego popsuł bo zaczął palić poniżej 4L/100km. Pojemność 1200cm a spalanie jak w skuterze hehe. Naszych południowych sąsiadów przejeżdżamy praktycznie bez zatrzymywania się. Z każdym pokonanym kilometrem temperatura spada. Bosko. Dojeżdzamy do Polańczyka, gdzie chyba nie lubią zbytnio motocyklistów gdyż zamykają nam bramę wjazdową na camping przed samym nosem. No tak… przecież motocykliści to samo zło :). W końcu prowadzę wszystkich na pole na którym byłem rok temu, tam też jest minimalny opór ale  w końcy po małych negocjacjach możemy się rozbić.

Sobota staję pod znakiem dużej pętli Bieszczadzkiej, czyli ponad 160km wielkiej frajdy. Złożenie na lewo i zaraz na prawo, opon jeszcze nie zamykam, ale jest blisko. Wcześniej nie wspomniałem że  Bieszczadach odbywa się ogólno Polski zlot motocyklowy, zatem motocyklistów jest multum może był to jeden z powodów nie gościnności lokalsów. Nie wiem, nie wnikam.  Fajnie tu wrócić po roku, to chyba mój drugi ulubiony motocyklowy region Polski. Pierwszy jaki jest? Kto wie?
Niedziela to już czas powrotu, już o 7 rano siedzimy na swoich maszynach aby pędzić  w kierunku swoich domów.

Kilometraż: 1489km
Mapa

Jeden komentarz dla wpisu “W krainie białego wina, upału i komarów czyli Tokaj”

  1. kobra napisał(a):

    Zakupy do domu bardzo udane! Nie ma jak dobre winko wytrawne prosto z Tokaju;)