długi czerwcowy weekend w Karpaczu

2010
06.10

dsc_1080Ostatnio co tydzień wyjazd, i dobrze w końcu sezon (super deszczowy) w pełni. Co by nie marudzić i nie przynudzać do rzeczy…

Długi weekend trwał od czwartku do niedzieli. Nasi znajomi niestety nie zmotocyklizowani (jest takie słowo?) w Karpaczu zabawili już od czwartku. Ostatnio mieliśmy dość jazdy w deszczu i stwierdziliśmy że wyjedziemy z piątek rano. I to był strzał w 10, bo pogoda praktycznie jak drut.

Dzień 1

Spakowani równo o 8 rano w piątek ruszamy, jest chłodnawo i pochmurno, ale Łask nas wita bezchmurnym niebem i wyższą temperaturą. Jest miło, pierwszy postój robimy po mniej więcej 180km, i tutaj moje motomotto pasuje jak ulał: „dupa motocyklisty jest jak herbata, tym mocniejsza im dłużej parzona”. Miło rozprostować nogi i poruszać trochę kończynami. Ach… nie wspomniałem o wietrze, ten cholerny boczny wiatr był tak silny, że aby jechać prosto musiałem motocykl pochylić o jakieś 10° od pionu. Ciężko się jedzie, szyja boli, łapy bolą ale nikt nie mówił że będzie lekko. Wpadamy już na dolny Śląsk, powiem napiszę szczerze: takich, dziurawych, połatanych, nie równych dróg nie ma chyba nigdzie indziej. Wszędzie tylko znaki ostrzegające o złej nawierzchni, nie było by po prostu taniej postawić jeden czy dwa znaki ostrzegające o nowej dobrej nawierzchni? No dobra, wytrząchnąłem to z siebie :) Dzisiejszym pierwszym celem podróży miała być kwater główna Adolfa H. w Osówce.  Jednak po drodze zatrzymujemy się w Sztolniach Walimskich, które są wielkim niemieckim podziemnym kompleksem. Tutaj długość korytarzy to ponad pól kilometra, przeznaczenie tego miejsca nie do końca znano, może fabryki, magazyny zrabowanych dóbr, kopalnia uranu który de facto został skradziony przez ruskich? Może kiedyś się dowiemy. Jedno jest pewne, że ta twierdza była budowana przez więźniów okolicznych obozów czyli znajdowaliśmy się w miejscu męczeństwa i śmierci tysięcy ludzi.

Obejrzawszy Sztolnie ruszamy do Osówki, dojazd wiedzie krętą i wąziutką drogą asfaltową, gdyby nie nawigacja i drogowskazy w życiu bym tu nie trafił. Wykupujemy wersję zwiedzania „extremalną” wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy co to znaczy ale fajnie się nazywało :) Grupa nieduża, maksymalnie tuzin osób. Wejście podobne jak w sztolniach Walimskich, korytarze i większe pomieszczenia wybetonowane zbrojonym betonem. Pierwsza z atrakcji to przeprawa łódką po zalanym korytarzu, a później spacer po wiszących deskach. Extremy raczej nie ma, ale zawsze to jakaś atrakcja. Jest wiele bardzo niskich korytarzy, kaski budowlane które wcześniej dostaliśmy przydają się kilka razy, bo z racji mojego wzrostu walę głowa w sufit. Mimo że na dworze jest ponad 20 stopni w środku stała niska temperatura i stała wilgotność. Przewodnik ciekawie opowiada o historii tego miejsca, snuje swoje hipotezy na temat zastosowania tych korytarzy i pomieszczeń. Czy jest tutaj więcej korytarzy, może jakieś dobra zrabowane? Nie wiadomo, jest odgórny zakaz prowadzenia badań. Dlaczego? Nie wiadomo.
Po godzinie wychodzimy na światło dzienne, do obejrzenia zostały nam jeszcze budynki gospodarcze znajdujące się na samym wierzchołku góry. Po kilku zdjęciach stwierdzamy, że pora ruszać do Karpacza, w sumie już 18 a mamy jeszcze 80km do przejechania po tych fatalnych drogach. Niestety w Głuszycy dopada nas wielki pech, przez te dziurska oś tylnego amortyzatora zostaje wyrwana z gwintem ze stopki. Dalsza jazda jest niemożliwa ale obok nas zatrzymuje się nasz przewodnik i mówi że 100m dalej jego znajomy ma warsztat samochodowy. Korzystamy z pomocy. Szybko zdejmuję kufry, siedzenie, wydech i wyciągam amortyzator. Z pomocą innego mechanika wkręcam ośkę ponownie w stopkę amortyzatora. Kurdę, naprawione! W czasie jak składam moto do kupy, widzę że panowie mechanicy nie wylewają za kołnierz. W ramach podziękowań Asia kupuje chłopom z warsztatu kilka piw. Podczas całej zadymy z  moto, Asia większość czasu spędzała z żoną przewodnika, 19 letnią cyganką w dodatku matką małego bobasa. Po podziękowaniach za pomoc ruszamy w drogę, miło wiedzieć, że jeszcze można liczyć na bezinteresowną pomoc obcych ludzi z dala od własnego domu. Dojeżdżamy do Karpacza późnym wieczorkiem, nasi znajomi czekali na nas już dłuższy czas. Po zakwaterowaniu się, ruszamy do karczmy co by zaspokoić głód i pragnienie. Po drugim złocistym trunku uderzamy na kwaterę,  no to w końcu koniec tego długiego, wyczerpującego, pełnego przygód dnia.

Dzień 2

Sobota stoi pod znakiem łażenia po górkach. Najpierw startujemy do świątyni Wang która okazuje się być norweskim kościółkiem z XII w. przeniesionym znad jeziora Vang w 1842 roku. Później szlakiem do Schroniska Samotnia, które z nazwą nie ma dużo wspólnego gdyż są po prostu tłumy. Następnie Schronisko Strzecha Akademicka i powrót do Karpacza. Na dole raczymy się złocistym trunkiem i czekamy na naszych znajomków. Reszta dnia to już konsumcjonizm pełną gęba, obiad, gofry, spacer po Karpaczu a wieczorem winko i pogaduchy.

Dzień 3

Pakujemy się i jedziemy zobaczyć Skalne Miasto w Czechach. Upał straszny, tłumy turystów także. Ale widoki piękne, fantastyczne skały uformowane przez wodę. Naszą wędrówkę ograniczamy do ok 3 godzin. Wszak przed nami jeszcze 330km drogi. Rozdzielamy się z naszymi znajomymi i startujemy do domciu. Po drodze przeklinam znowu te dolnośląskie drogi, na szczęście droga powrotna już bez przygód.

Reasumując. Super weekend, wiele do zobaczenia, prawdziwy adventure :) oraz jedna awaria, na szczęście niegroźna tylko te drogi…

Kilometraż: ok. 800

Mapa

Jeden komentarz dla wpisu “długi czerwcowy weekend w Karpaczu”

  1. kobra napisał(a):

    Owszem, super weekend! Aktywny, intensywny, pogodny i z przygodami, które szczęśliwie się skończyły. Tak można spędzać koniec tygodnia:)