
O trzecim zlocie ADV wiedziałem już mniej więcej od listopada, zatem termin 16-18 kwietnia już od dawna był zapisany na czerwono w mojej moto agendzie.
Dzień 1
Długo wyczekiwany dzień wyjazdu w końcu się stał faktem, jak zwykle troszkę się zrywam z roboty gdyż o 13 jestem umówiony w Piotrkowie Trybunalskim z Nersem. Przybywając kilka minut przed czasem w ustalonych punkcie zbornym, nawet nie zdążyłem skończyć kawy a tu z dokładnością do minuty podjeżdża Neru, no no, to się nazywa punktualność. Szybkie dotankowanie i jedziemy. Przebić się tylko przez Piotrków Trybunalski, dalej już luźno i mniej ruchliwie. W czasie jazdy po koszmarnie dziurawej drodze, zastanawiam się jak można po Polsce śmigać ścigaczami albo cruiserami. No widać można… :) Zacięcia niektórym nie brakuje. Po drodze wpadamy na obiadek, dwa placki po węgiersku znikają w mig. Niestety Morsko osiągamy dość szybko, w końcu to tylko 200km. Odhaczamy się na liście, wpłacamy kaucję i mamy kluczyk do domku. Z powodu zaistniałych roszad, jesteśmy jedynymi lokatorami. W sumie to nikt nie lubi ścisku ;]. Rozpakowujemy graty i jedziemy do pobliskiej wsi zrobić zapasy lokalnych trunków i kiełbasy na ognisko. Wieczór standardowo: przy ognisku, kilka znajomych twarzy ze zlotu w 2009 roku i jak zwykle pogaduchy o sprzętach, podróżach i planach. Po przechyleniu kilku złocistych trunków stwierdzamy, że trzeba iść spać. W końcu jutro rajd i trzeba mieć jako taką formę.
Dzien 2
Rano budzi mnie gang silnika z przelotowych (czyt. pustych) tłumików, normalnie bym się wkurzył ale nie tutaj i nie dzisiaj. Zbieramy się na śniadanie, które okazuję się wielką wtopą logistyczną ze strony ośrodka. Czekamy jakieś 45 na złożenie zamówienia a później jeszcze kilkanaście na realizację. W trakcie śniadanie poznajemy Wildera jeżdżącego na BMW F650SG Dakar, namawia nas na zaliczenie odcinków specjalnych (offroad). Nie wiedząc w co się pakujemy zgadzamy się, to będzie hardcore bo mamy stricte szosowe opony. Nowo poznany kolega jest z Katowic więc wszystkie ścieżki w okolicy zna jak drogę do piwnego koło swojego domu. OSy są super, leśne drogi, szutry. Mijamy kolejno zamek w Mirowie, Bobolicach a później Ogrodzieniec, wszystko wygląda znajomo, bo przecież tutaj byłem z plecaczkiem w 2008 roku. Odpuszczamy sobie Odcinki Specjalne wiodące przez pustynię, w końcu ani opony ani technika nie ta. Przychodzi nam też pokonać leśną drogę ze zwalonymi drzewami, swoim boxerem ledwo mieściłem się pomiędzy drzewami, chłopaki na swoich małych i lżejszych GSach zostawili mnie w tyle, ale dałem radę. Nasza trasa liczyła 200km, w tym połowa poza asfaltem, o zmierzchu szczęśliwie dojeżdżamydo bazy. Przyznam się, że offroad jest wymagający, zarówno dla sprzętu jak i dla kierownika. I wbrew pozorom, jazda motocyklem w takich warunkach wymaga kondycji. Dlatego polegliśmy po trzech piwach :)
Dzień 3
to czas powrotu. Do miejscowości Końskie (na południowy wschód od Łodzi) jedziemy razem, później każdy odbija w swoją stronę. Z powodu zaistniałych okoliczności (pogrzeb pary Prezydenckiej) wioski przez które jedziemy praktycznie są wymarłe. Brak pieszych, brak aut. Momentami czuję się jak w filmie „28 dni później”. Szybkie pożegnanie i rozjeżdżamy się w przeciwnych kierunkach. W okolicy Piotrkowa widzę hordy motocyklistów wracających z Częstochowy ze zlotu Gwieździstych. Ech… nie dla mnie takie spędy.
Reasumując, weekend super, miło było znowu odwiedzić ten piękny zakątek naszej Ojczyzny. A teraz… no własnie dokąd teraz?
Kilometraż: ok 650 km
- Z tatą przed wyjazdem
- Pierwsze większe piachy
- Zamek w Bobolicach, po mojej lewej Wilder
- Zamek w Mirowie
- Nasza trójca
- Jurskie szutry
- Przerwa na peta :-/
- Nersu i Wilder
- Miras i jego Bingboxer
- Nawet zwalone drzewa nas nie zatrzymają
- Torujemy drogę
- Nersu padł
- Okolice Ogrodzieńca
- Czasem trzeba na pych
- Walczę z piachem
- Ogrodzieniec
- Nasz domek
- Alternatywny sposób parkowania
- Szybka naprawa
- Skok musi być



















ale musiał być hardcore;)