
… był celem naszej majowej jednodniowej wycieczki. Zamek leży na północny zachód od Kalisza. Czyli około 130 ok od Łodzi. W pogodne sobotnie przedpołudnie ruszamy do celu, o dziwo nie pada, dziwne przecież dzień bez deszczu jest dniem straconym. Po drodze napotykamy na utrudnienia w ruchu a właściwie jego brak gdyż ruch wahadłowy przestał być wahadłowym a kierowcy spotkali się na środku zwężenia. I tutaj jest wyższość jednośladu, kawałek pobocza i zator staje się wspomnieniem. Przejeżdżamy przez Wartę i jesteśmy zszokowani wysokością stanu wody, akurat przechodziła tamtędy fala powodziowa. Liczni strażacy zabezpieczają most, jednak żywioł jest nie do okiełznania. Reszta podróży odbywała się już bez przeszkód. Przybywamy do celu i zastanawiamy się od czego zacząć zwiedzanie. Do wyboru jest zamek, pałac, muzeum Leśnictwa oraz żubry. Startujemy od muzeum, mieści się ono w dawnych budynkach powozowni. Jest ciekawsze niż mogło się wydawać, zgromadzono dużo sprzętu potrzebnego do uprawiania gospodarki leśnej, tablice informacyjne o zalesieniu na świecie (czy wiesz że największa powierzchnia lasów należy do Rosji?) a nawet wypchane zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Po muzeum udajemy się do zamku, zwiedzanie zaczynamy od dziedzińca i licznych komnat zdobionych gobelinami czy obrazami. Renesansowy zamek robi na nas świetne wrażenie, stwierdzamy że jest zdecydowanie za mało reklamowany, zresztą tak jak większość ciekawych atrakcji w Polsce. Nie będę szczegółowo opisywał rysu historycznego gdyż jest on do poczytania na stronie zamki.net.pl. Park opasający zamek to przeszło 22 hektary, zatem dojście do żubrów i koników polskich zajmuję nam sporo czasu. Na koniec jeszcze rzut okiem na pałac mieszkalny zwany Oficyną i kierujemy się w stronę domu. Tym razem jedziemy przez Kalisz gdzie zatrzymujemy się na obiad na starówce. Sam Kalisz całkiem przyjemny, w końcu to jedno ze starszych Polskich miast. Ciemne chmury na horyzoncie, zapowiadają burzę (w końcu musi popadać) więc czym prędzej ruszamy do Łodzi. Niestety w Pabianicach wpadamy w sam środek piekiełka. Walił grad, a ulice zamieniły się w rwące rzeki, ponieważ w dwie minuty zrobiłem się całkiem mokry nie było sensu ubierać się w przeciwdeszczówki na szczęście Asia mniej zmokła, ach ta aerodynamika :)
