Archwium - Maj, 2010

Zamek w Gołuchowie


2010
05.22

… był celem naszej majowej jednodniowej wycieczki. Zamek leży na północny zachód od Kalisza. Czyli około 130 ok od Łodzi. W pogodne sobotnie przedpołudnie ruszamy do celu, o dziwo nie pada, dziwne przecież dzień bez deszczu jest dniem straconym. Po drodze napotykamy  na utrudnienia w ruchu a właściwie jego brak gdyż ruch wahadłowy przestał być wahadłowym a kierowcy spotkali się na środku zwężenia. I tutaj jest wyższość jednośladu, kawałek pobocza i zator staje się wspomnieniem. Przejeżdżamy przez Wartę i jesteśmy zszokowani wysokością stanu wody, akurat przechodziła tamtędy fala powodziowa. Liczni strażacy zabezpieczają most, jednak żywioł jest nie do okiełznania. Reszta podróży odbywała się już bez przeszkód. Przybywamy do celu i zastanawiamy się od czego zacząć zwiedzanie. Do wyboru jest zamek, pałac, muzeum Leśnictwa oraz żubry. Startujemy od muzeum, mieści się ono w dawnych budynkach powozowni. Jest ciekawsze niż mogło się wydawać, zgromadzono dużo sprzętu potrzebnego do uprawiania gospodarki leśnej, tablice informacyjne o zalesieniu na świecie (czy wiesz że największa powierzchnia lasów należy do Rosji?) a nawet wypchane zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Po muzeum udajemy się do zamku, zwiedzanie zaczynamy od dziedzińca i licznych komnat  zdobionych gobelinami czy obrazami. Renesansowy zamek robi na nas świetne wrażenie, stwierdzamy że jest zdecydowanie za mało reklamowany, zresztą tak jak większość ciekawych atrakcji w Polsce. Nie będę szczegółowo opisywał rysu historycznego gdyż jest on do poczytania na stronie zamki.net.pl. Park opasający zamek to przeszło 22 hektary, zatem dojście do żubrów i koników polskich zajmuję nam sporo czasu. Na koniec jeszcze rzut okiem na pałac mieszkalny zwany Oficyną i kierujemy się w stronę domu. Tym razem jedziemy przez Kalisz gdzie  zatrzymujemy się na obiad na starówce. Sam Kalisz całkiem przyjemny, w końcu to jedno ze starszych Polskich miast. Ciemne chmury na horyzoncie, zapowiadają burzę (w końcu musi popadać) więc czym prędzej ruszamy do Łodzi. Niestety w Pabianicach wpadamy w sam środek piekiełka. Walił grad, a ulice zamieniły się w rwące rzeki, ponieważ w dwie minuty zrobiłem się całkiem mokry nie było sensu ubierać się w przeciwdeszczówki na szczęście Asia mniej zmokła, ach ta aerodynamika :)

(więcej…)

III Zlot ADV


2010
05.10

O trzecim zlocie ADV wiedziałem już mniej więcej od listopada, zatem termin 16-18 kwietnia już od dawna był zapisany na czerwono w mojej moto agendzie.

Dzień 1

Długo wyczekiwany dzień wyjazdu w końcu się stał faktem, jak zwykle troszkę się zrywam z roboty gdyż o 13 jestem umówiony w Piotrkowie Trybunalskim z Nersem. Przybywając kilka minut przed czasem w ustalonych punkcie zbornym, nawet nie zdążyłem skończyć kawy a tu z dokładnością do minuty podjeżdża Neru, no no, to się nazywa punktualność. Szybkie dotankowanie i jedziemy. Przebić się tylko przez Piotrków Trybunalski, dalej już luźno i mniej ruchliwie. W czasie jazdy po koszmarnie dziurawej drodze, zastanawiam się jak można po Polsce śmigać ścigaczami albo cruiserami. No widać można… :) Zacięcia niektórym nie brakuje. Po drodze wpadamy na obiadek, dwa placki po węgiersku znikają w mig. Niestety Morsko osiągamy dość szybko, w końcu to tylko 200km. Odhaczamy się na liście, wpłacamy kaucję i mamy kluczyk do domku. Z powodu zaistniałych roszad, jesteśmy jedynymi lokatorami. W sumie to nikt nie lubi ścisku ;]. Rozpakowujemy graty i jedziemy do pobliskiej wsi zrobić zapasy lokalnych trunków i kiełbasy na ognisko. Wieczór standardowo: przy ognisku, kilka znajomych twarzy ze zlotu w 2009 roku i jak zwykle pogaduchy o sprzętach, podróżach i planach. Po przechyleniu kilku złocistych trunków stwierdzamy, że trzeba iść spać. W końcu jutro rajd i trzeba mieć jako taką formę.

Dzien 2

Rano budzi mnie gang silnika z przelotowych (czyt. pustych) tłumików, normalnie bym się wkurzył ale nie tutaj i nie dzisiaj. Zbieramy się na śniadanie, które okazuję się wielką wtopą logistyczną ze strony ośrodka. Czekamy jakieś 45 na złożenie zamówienia a później jeszcze kilkanaście na realizację. W trakcie śniadanie poznajemy Wildera jeżdżącego na BMW F650SG Dakar, namawia nas na zaliczenie odcinków specjalnych (offroad). Nie wiedząc w co się pakujemy zgadzamy się, to będzie hardcore bo mamy stricte szosowe opony. Nowo poznany kolega jest z Katowic więc wszystkie ścieżki w okolicy zna jak drogę do piwnego koło swojego domu. OSy są super, leśne drogi, szutry. Mijamy kolejno zamek w Mirowie, Bobolicach a później Ogrodzieniec, wszystko wygląda znajomo, bo przecież tutaj byłem z plecaczkiem w 2008 roku. Odpuszczamy sobie Odcinki Specjalne wiodące przez pustynię, w końcu ani opony ani technika nie ta. Przychodzi nam też pokonać leśną drogę ze zwalonymi drzewami, swoim boxerem ledwo mieściłem się pomiędzy drzewami, chłopaki na swoich małych i lżejszych GSach zostawili mnie w tyle, ale dałem radę. Nasza trasa liczyła 200km, w tym połowa poza asfaltem, o zmierzchu szczęśliwie dojeżdżamydo bazy. Przyznam się, że offroad jest wymagający, zarówno dla sprzętu jak i dla kierownika. I wbrew pozorom, jazda motocyklem w takich warunkach wymaga kondycji. Dlatego polegliśmy po trzech piwach :)

Dzień 3

to czas powrotu. Do miejscowości Końskie (na południowy wschód od Łodzi) jedziemy razem, później każdy odbija w swoją stronę. Z powodu zaistniałych okoliczności (pogrzeb pary Prezydenckiej) wioski przez które jedziemy praktycznie są wymarłe. Brak pieszych, brak aut. Momentami czuję się jak w filmie „28 dni później”. Szybkie pożegnanie i rozjeżdżamy się w przeciwnych kierunkach. W okolicy Piotrkowa widzę hordy motocyklistów wracających z Częstochowy ze zlotu Gwieździstych. Ech… nie dla mnie takie spędy.

Reasumując, weekend super, miło było znowu odwiedzić ten piękny zakątek naszej Ojczyzny. A teraz… no własnie dokąd teraz?

(więcej…)