Lwów 2009

2009
10.11

Jeśli czytaliście poprzedni wpis o rajdzie Felkowskim to wiecie, że właśnie tam padł pomysł wyjazdu do Lwowa. Taki trip kończący sezon 2009. Ponieważ lubię plany wcielać w życie już w czwartek późnym wieczorem (tj. 20 października) siedzieliśmy na motocyklu i jechaliśmy w stronę Warszawy. Noc musieliśmy spędzić w Warszawie gdyż zbiórka była zaplanowana na blady świt, zatem poranny dojazd nie wchodził w rachubę. Zimny jesienny wieczór wyraźnie dał odczuć iż lato się już skończyło, w takie pogody docenia się podgrzewane manetki. Sam dojazd do Wawy dość szybki i bez problemowy. Siostra, dzięki za przenocowanie nas.

Dzień 1

Jemy nie duże śniadanko, zbieramy swoje tobołki i ruszamy do punktu zbornego którym jest stacja paliw na wylocie w kierunku Lublina. Szybkie dotankowanie i czekamy na spóźnialskich, w sumie jest nas 8 motocykli. Pełen przekrój, od Triumpha poprzez beeemki do ścigaczy hondy. Szybko ustalamy prowadzących i zamykających i ruszamy w drogę. Pierwszy raz jedziemy tak duża grupą, wyprzedzanie, jazda w szyku na szachownicę, utrzymywania stałej odległości wymaga wprawy. Jazda bez problemu, mijamy Lublin, w Zamościu zatrzymujemy się na obiad i w końcu docieramy do granicy Polsko-Ukraińskiej w Hrebennej. Tutaj przypominamy sobie jak to było wcześniej przed strefą Schengen, mamy paszporty, zielone karty a nawet deklaracje celne. Tracimy ok. 1,5 godziny na biurokrację ale w końcu udaje nam się, jesteśmy na Ukrainie, pierwszy raz. Pierwsze co nas dosłownie uderza po siedzeniach to ich drogi. Ciężko to sobie wyobrazić ale mają jeszcze grosze niż my :) Czyli nigdy nie jest tak żeby nie mogło być gorzej hehe. Chłopaki na ścigaczach się troszkę męczą, twarde zawieszenia o małym skoku nie wpływają na komforty zbyt dobrze. Powiem szczerze i bez skromności, nasz GS to genialna sprawa na takie dziurska. Prócz fatalnych dróg rzucają się jeszcze w oczy milicjanci rozstawienie na każdej rogatce. Czytając relacje innych o Ukrainie, wiedzieliśmy, że należy się liczyć z łapówkami i to częstymi. Nas kompletnie nikt nie zatrzymał, ani razu! Prawdopodobnie było nas za dużo, co nie jest wskazane przy wyłudzaniu łapówek :). Docieramy do Lwowa, ulice w większości brukowane, a to co panuje na drogach można nazwać chaosem i prawem większego. Parkujemy przed hotelem, który został wybudowany w realnym socjalizmie. Na szczęście dostajemy w miarę odnowiony pokój, gdzie jest schludno i człowiek nie boi się wejść do łazienki. Grupa szybko ustala plan działania, oczywiście lądujemy w knajpie, jest taniej niż u nas, ale kto myślał, że zje za bezcen ten się zawiedzie. Wieczór kończymy spacerem po Lwowie i deserami w cukierni. Jutro wiele do zobaczenia więc idziemy ładować baterie. Tzn integrujemy się w hotelowym zaciszu przy Ukraińskich napojach wyskokowych.

Dzień 2

Dzień zaczynamy znowu od knajpy, pożywne śniadanie to podstawa. Zwiedzanie zaczynamy od Starego Miasta, gdzie są liczne śluby wręcz w ilości hurtowej, następnie przejażdżka ciuchcią turystyczną. Pieszo kręcimy się po centrum Lwowa, miasto wydaje nam się bardzo Polskie. Praktycznie identyczna architektura, wszędzie można się porozumieć w ojczystym języku. W drodze na cmentarz Łyczakowski rzucam hasło co by zahaczyc o zbrojownię, nikt nie protestuje a wręcz przeciwnie. Już lekko zmęczeni docieramy do tej wielkiej nekropolii, zwiedzanie zaczynamy od polskich grobów m.in.: Konopnickiej, Czartoryskiej, Ordona. Zaduma i refleksja towarzyszy nam praktycznie cały czas, ale swe apogeun sięga gdy odwiedzamy cmentarz Orląt Lwowskich (autonomiczna część cmentarza Łyczakowskiego) gdzie leżą młode ofiary obrony Lwowa z lat 1919-1920. Nie możemy ukryć zdziwienia i szacunku dla ludzi którzy przedłożyli swoje życie przed patriotyzm i obronę ojczyzny.
Powoli zapada zmierzch, napełniamy żołądki i idziemy jeszcze zobaczyć Dworzec Główny z początku XX wieku który został utrzymany w neorenesansowo-secesyjnej stylistyce. Ponieważ cały czas chodzimy pieszo, czuć już zmęczenie, zaopatrujemy się na wieczór i wracamy do hotelu gdzie integracja trwała do późnych godzin nocnych.

Dzień 3

Trzeci dzień wycieczki to niestety już czas powrotu. Pogoda się mocno skiepściła i w deszczu wyjeżdzamy z Lwowa. Niestety nasze ubrania i buty mimo membran nie dają rady. W butach woda, pod kurtką mokro. Nic przyjemnego, ale nie ma wyjścia. Za Lublinem odłączamy się od reszty i lecimy płyniemy w kierunku Łodzi. Deszcz towarzyszy nam praktycznie do końca. Mimo wychłodzenia i przemoczenia nie mamy nawet kataru.

Reasumując. Trip mimo ciężkiego powrotu zaliczam do udanych, poznaliśmy kawał naszej historii oraz nowych fajnych ludzi. Ukraina fajna jest, może kiedyś Krym? Hmmmm.

Kilometraż: 1000

Mapa

Tags: , ,

2 komentarzy dla wpisu “Lwów 2009”

  1. Tekus pisze:

    To fakt, kiepski ubranie może skutecznie popsuć humory :(

  2. kobra pisze:

    Idealna podróż trzydniowa. Nie za daleko, ciekawie i konkretnie.
    Jednak mam poradę dla plecaczków: dziewczyny, nie dajcie się namówić na jazdę w deszczu;)

Twój komentarz