Mimo iż od poprzedniego wyjazdu minąło raptem kilka dni rozentuzjazmowany zacząłem planować kolejną eskapadę typu lone wolf :) Nie mogło to być zbyt daleko bo miałem do dyspozycji tylko piątek po robocie, sobotę oraz niedzielę. Właściwie to czemu nie okrążyć Tatr? W miniony weekend dojechałem tylko na Podhale, więc wypada teraz mocniej wyeksploatować tę okolicę. Szkic trasy pojawił się błyskawicznie, start w okolicy Wisły a dokładniej miejscowość Brenna, finish w Zakopanem albo okolicy, oczywiście nie będę jechał najkrótszą drogą, wręcz przeciwnie czyli znowu wracam na Słowację. OK. Byle do piątku.
Dzień 1
W piątek po robocie czyli okolice 16.00 uderzam do Brennej, wcześniej zrobiłem sobie rezerwację na kempingu bo tylko licho wie co tam zastanę. Droga dość monotonna, poza tym zbliża się wieczór a zdecydowanie nie przepadam za jazdą po zmroku a szczególnie trasami których nie znam. Po 20.00 jestem na miejscu, za pomocą lokalsów znajduję kemping. Mocno napchane, ale jakoś znajduję fragment wolnej trawy. Szybko się rozbijam, przebieram w cywilne ciuchy i uderzam do karczmy. Niestety kuchnia jest już zamknięta (w weekend? sobie myślę…) więc ratują mnie bułki z paszczurem (pasztetem) i piwko. Nie ma co… trza iść spać.
Dzień 2
Noc była ciepła, dzień zaczynam od prysznica który ze względu na wczesną porę jeszcze nie jest oblegany przez turystów. Śniadanie, wgląd w mapę, pakowanie gratów i w drogę. Mijam Ustroń i Wisłę, mijając Koniaków nie stwierdzam stringów z koronek wystawionych na sprzedaż. To chyba ściema :) Delektując się kolejnymi górskimi zakrętami mijam dość sporą karczmę, ponieważ jeszcze sporo kmów przede mną postanawiam zawrócić i skosztować tutejszego żurku w chlebie. Mniam. Smaczny posiłek dopełnia piękna panorama na Beskid Śląski. Komu w drogę temu w czas. Kieruję się na Słowację, nawet nie wiem kiedy, jestem juz u naszych południowych sąsiadów (przejście w Zwardoniu). Schengen piękna sprawa, nigdy się do tego chyba nie przyzwyczaję. Trasa w gpsie wyznaczona jako najkrótsza, zatem w miare możliwości zjeżdzam z bardziej uczęszczanych tras. Lokalna droga, po prawej strumyk po lewej chaty. Droga robi się jeszcze mniej uczęszczana, ale navi twardo stoi przy swoim. Ja nie odpuszczam. Aż w końcu jadę przez las w którym była ścinka drzew, wszędzie kawałki trocin, ścięte bale i w dodatku serpentyny. Tylko dwie mysli w głowie: tylko się tutaj nie wywalić na tych szosowych oponach oraz druga: tam musi być jakaś cywilizacja. Błotno asfaltowa droga zmienia się w szutrówkę którą jadę kilkanaście kilometrów, żadnych ludzi, totalne odludzie, super. W końcu dojeżdzam do zabudowań gdzie pojawia sie spowrotem asfalt. W kolejnej mijanej miejscowości dość spory korek, przczyną był bardzo przykry wypadek, chłopiec na rowerze potrącony przez auto. Wyglądało to kiepsko, mam nadzieję że skończyło się tylko na stłuczeniach i złamaniach. Przedemną genialny odcinek z Namestova do Liptovskiego Mikulasu, kilka serpentyn, praktycznie brak prostej, non stop lewa prawa. Za Liptowskim staram się zjechać z drogi expresowej, bo nic przyjemnego tutaj nie ma. Oczywiście wyznaczam najkrótszą trasę i od razu zaczyna sie advenczer. Droga szybko się robi nie utwardzona, węższa z każdymi przejechanymi metrami, bardziej stroma aż w końcu kamienista. Zawrócić nie da rady bo za wąsko, więc tylko do góry. Asekuruję się nogami. Przygód się zachciało… Finalnie docieram do słynnej trasy [537]. Idealna nawierzchnia, szeroko, i te widoki. Po mojej lewej stronie pasmo wysokich Tatr. Gęba aż się sama śmieje. Niestety kilometry miją nie ubłagalnie, zbliżam sie do przejścia granicznego w Łysej Polanie. Miałem zamiar nocować w Zakopanem, ale przyznaję się bez bicia, że to była najmniej trafna decyzja w tej eskapadzie. Ceny za namiot aburdalnie wysokie, ścisk niczym w tramwaju w godzinach szczytu. Wyciągam telefon, jednak google mps się przydaje, znalazłem kemping we wsi Frydman, przy jeziorze Czorsztyńskim, czyli tam gdzie przejeżdzałem tydzień temu. Dzwonie spytać czy mają wolne miejsca, pan po drugiej stronie nie bardzo wiedział czmu pytam, ale o tym za chwilę. Nie ma co, jadę, trzeba czym prędzej opuścić Zakopane, hordy turystów i góroli żadnych ich dudków. Mijam, Bukowinę Tatrzańską, Białkę, po drodze jem obiad i robię zakupy. We wsi Frydman, nie mogę odnaleźć kempingu. Lokalsi wskazują kierunek. Na miejscu już rozumiem czemu pan był zdziwiony gdy pytałem o wolne miejsce. Kemping zajmuje kilka hektarów, a wolnego miejsca nie brakuje, swój namiot rozbijam w odległości 100m od innego. Szybka kąpiel, jedzenie, piwko i pocieszna myśl w głowie. Nooo Tatry objechane.
Dzień 3
To była chyba najzimniejsza noc w moim życiu, kwietniowy zlot ADV to pikuś. Niby sierpień ale zimno było cholernie. Myślałem że się rozgrzeję pod prysznicem, niestety o 7 rano ciepłej wody jeszcze nie było. Bar otwierali dopiero koło 9 więc na gorącą herbatę trzeba poczekać. Zatem proste wnioski: puchowy spiwór i palnik trza nabyć. Do domu jak zwykle jadę okrężną droga, przez Niedzicię i Krościenko a później na północ przez Jurę Krak-Częstochowską. Bawarka spisała się na medal, chociaż po woli kończą się jej opony.
Kilometraż: 1000
- Beskid Ślaski – okolice Koniakowa
- Słowackie szutry na odludziu
- Słowacja
- Słowackie szuterki
- Słowacja i urocza droga nr 584
- Słowacja, okolice Liptowskiego Mikulaszu
- W drugim planie Demanowska Dolina (Chopok)
- Gdzieś na Słowacji
- Widok na Jezioro Czorsztyńskie od strony Niedzicy
Pokaż Tatry 2009 na większej mapie









