Bieszczady

2009
08.05

Po dość długiej absencji w siodle (chodzi mi o nawijanie kilometrów), stwierdziłem że pora się znów gdzieś wybrać. Tym razem padło na Bieszczady. Te tereny mam nieźle zjeżdzone rowerem (łącznie ze spaniem w Bieszczadzkiej ambonie), czas spojrzeć z innej perspektywy. Dzień przed wyjazdem ślęńczę nad mapami i wyznaczam trasę, byle dalej od głównych dróg, jak najwięcej bocznymi mniej uczęszczanymi. Trasa do Polańczyka wyznaczona i wpisana w navi, graty przygotowane.

Dzień 1

Ponieważ jest piątek, wziąłem sobie dzień wolnego. Późnym rankiem startuję, pogoda idealna, dwadzieścia kilka stopni, kilka chmurek (to jednak czasem w Polsce nie pada i jest ciepło). Do Piotrkowa „gierkówką”, później odbijam na Kielce żółta mniej uczęszczaną trasą. Jazda głównymi trasami w tym kraju to mordęga i ni potrzebne ryzyko. Pierwsze większe korki spotykam w okolicy Tarnowa, ale co tam remonty. Nie po to jadę moto aby tracić czas na czekanie więc się delikatnie przepycham do przodu. Pełna kulturka, ani trąbienia ani zajeżdżania przez innych kierowców. Zator zostawiłem za sobą, do celu jeszcze kilka godzin jazdy. Od jakiegoś czasu pojawiają się niewysokie góry oraz co raz bardziej kręte drogi. W końcu dojechałem… Polańczyk. Szybki rekonesans i ląduje na kempingu polecanym przez lokalsa. Troszkę tłoczno, ale bez problemu znajduję miejsce do rozbicia swego mikro namiociku. Szybki prysznic a następnie kolacyjka którego motywem przewodnim są lekko podwędzone przez upał kabanosy Tarczyńskiego (polecam) oraz oczywiście piwko. A jakże. W ramach relaksu spacer nad Jezioro Solińskie fota i powrót do namiotu. Trzeba jeszcze zaplanować trasę na jutro albo chociaż przejrzeć mapy. Ściemnia się więc szybkie mycie paszczy i do śpiwora. Noc wyjątkowo ciepła wiec hipotermi nie przewiduję.

Dzień 2

Szkoda czasu na spanie, wiec zrywam się dość wcześnie (też jestem w szoku co te motoprzygody robią z ludźmi), sklepik jeszcze zamknięty więc najpierw poranna toaleta a następnie zwijanie gratów. Śniadanie bez luksusów, rozpuszczalna kawka oraz bułki z białym serkiem. Moto zapakowane można ruszać.
Pierwsze miejsce postoju jest kilkanaście kilometrów od Polańczyka, rozpościera się całkiem ciekawy widok na całą tamę Jeziora Solińskiego. Oczywiście fota musi być. Robię pętle po najbardziej południowo-wschodnim krańcu Polski, zaledwie kilka km. dzieli mnie od Ukrainy. Tyle się naczytałem o fatalnym bieszczadzkim asfalcie że nawet jestem zaskoczony jego jakością. Widoki cudne, zakręt za zakrętem, las, polana, las i tak bez końca. Nie wspomniałem o sporej liczbie mijanych motocyklistów, czasem nawet nie nadążałem unieść ręki w ramach pozdrowienia. W końcu doganiam jednego rututniarza, widzę że jedzie na nowszym modelu mojej bawarki, jeden cylinder więcej czyli mocniejsza i szybsza. Niestety nasze tempo jazdy różni się kompletnie więc daję w palnik i zostawiam marudera :)  Bieszczady niestety dość szybko zostawiam za sobą i kieruję się do przejścia granicznego z naszymi sąsiadami od południa w Barwinku. Na stacji benzynowej trafia mnie mały zonk, otóż jest ona masowo oblegana przez Słowaków, z racji ichniego euro cena naszej wachy zrobiła się mocno konkurencyjna. Do tego stopnia iż po stronie Słowackiej przygraniczne stacje są zamknięte na głucho. No cóż, takie plusy słabej złotówki. To tyle o ekonomi :) Trasa widzie praktycznie cały czas na zachód, ruch naprawdę znikomy a widoki znakomite. Uczta dla oczu i ducha. Opuszczam Słowację, pierwsza większa miejscowość z kraju to Krynica Zdrój, duży ruch i tłumy emerytowanych kuracjuszy tamtejszych uzdrowisk nie zachęcają do postoju wiec kieruję się na Piwniczną przez Muszynę. Maksymalnie kręta droga zachęca do głębokich złożeń w zakrętach. Winkiel za winklem, mam wrażenie że zmarszczki mimiczne od banana na twarzy nie zniką przez następny tydzień :-D Jestem już w Krościenku nad Dunajcem, w kierunku na Nowy Targ mijam miejsce wypadku, motocykl w rowie, karetki już nie ma. Tylko policja sprawuje swe czynności, mijane zdarzenie powoduje zmniejszenie rollgazu, przynajmniej na jakiś czas. Zatrzymuję się na górce koło Czorsztyna, skąd jest panorama na jezioro Czorsztyńskie którego tło robią Tatry. Widok marzenie! Jadę niespiesznie przez Białkę i Bukowinę Tatrzańską do Łapsze Wyżne gdzie przenocuje mnie rodzinka. I tak pokonawszy ponad 400km docieram prosto z Bieszczad na Podhale.

Dzień 3

Nieubłaganie nadszedł dzień powrotu do domu. Wyznaczam trasę aby jak najszybciej zjechać z koszmarnej zakopianki. Z autostrady A4 i „gierkówki” także rezygnuję. Nadkładam trochę kilometrów i lecę prze Jurę Krakowsko-Częstochowską. Do domu dojeżdżam cały i szczęśliwym późnym popołudniem. Jeszcze tego samego dnia pojawia się pomysł na następny wyjazd, ale o tym w następnym wpisie.

Kilometraż: ok. 1500km



Pokaż Bieszczady 2009 na większej mapie

Tags: , , ,

Twój komentarz